Po powrocie do Krakowa wiele osób pytało mnie: - Jak właściwie było na tym bieszczadzkim kuligu?
Ciekaw jestem czy to zwykła ciekawość, czy może podszyta lekką ironią, bo przecież w tym samym czasie w Krakowie było 11°C.

Otóż nie, aura nam nie przeszkodziła, choć szczerze mówiąc również nie pomogła, bo było kilka stopni na plusie, śnieg lekko lepki i cięższy niż zwykle, ale za to nikt się nie przeziębił. Wszystko było jak trzeba, a kilka stopni na minusie, to byłby rarytas. Nic to, warto poczekać na przyszły rok!

Nie pisałbym Wam o tym kuligu więcej niż jakieś wspomnienie na Fb, gdyby nie fakt, że gospodarze zamarzyli sobie, żeby w przyszłym roku powtórzyć tę imprezę: - KULIG Z ORKISZEM.
Zatem piszę i publikuję fotki, żebyście mogli zobaczyć co Was czeka w przyszłym roku, jeśli aura będzie podobna, czyli trudna. Bo gdyby było mroźnie, to ho, ho! Trasa ma być znacznie dłuższa, więcej atrakcji i kulig prawie całodniowy!

Z Chaty Kija (Latarni Wagabundy) wyruszyliśmy ok. 16.00 i busami zostaliśmy dowiezieni do punktu startu, w sąsiednim Smolniku, gdzie stara, nieużywana już, dalsza część kolejki bieszczadzkiej styka się z szosą asfaltową. (Szosą nie dało się jechać, bo czarna, bez śniegu.)
Kija Chata
Sam Kiju przywdział na ten wieczór jakiś uniform, nie wiem nawet dokładnie jaki to jest, ale prezentował się nieżle!
Pani w środku, to Agnieszka - Oleńka autora tych zdjęć :-)))
Mnie pewnie rozpoznajecie. :-)))
Kiju







































No to przedstawmy jeszcze woźnicę i konie :-)))
konie
Konie były naprawdę solidne, silne, choć... nie ustawiły nam się przodem do zdjęcia :-)))
Przed końmi widzicie w perspektywie trasę naszego kuligu, która wiodła nasypem nieużywanej juz części danej kolejki. Szyn nie ma, trakt pozostał...

Jechaliśmy na dechach przykrytych kocami, dla wygody. Trzeba przyznać, że patent się sprawdził, bo wprawdzie było ciaśniej nieco niż w takich zwyczajnych saniach, ale weselej, no i wszyscy przodem.
sanie

















































Jechaliśmy niecałą godzinę, a po przyjeździe na polanie płonęło ognisko i czekał zastawiony porządnie barek.
Bigos, kiełbaski i pyszny grzaniec. Naprawdę smaczne. 
ognisko
Ale co tam jedzenie. Była dwuosobowa kapela bieszczadzka i tańce-łamańce.
Żebyście słyszeli niektóre panie!!
kapela ogniskowa










































Nie wszyscy skakali wokół ognia, ale wszyscy bawili się doskonale.
Ja np. miałem tylko potrzymać sygnałówkę, ale nie wytrzymałem i sobie potrąbiłem!!
Nie była to serenada, a jeśli już, to dla wilczyc! 
Nie wszystkie nutki były takie jak trzeba, bo... musiałem uważać z grzańcem; wkrótce koncert, a z tym żartów nie ma!
trabie




































Wytrąbiwszy co było do wytrąbienia, ruszyliśmy nocą w drogę powrotną.

Każdy i tak miał cosik za pazuchą, więc w saniach było już całkiem wesoło. Ale nikt nie spadł, nic się nie złamało.
Oleńki tylko ciut smutniejsze były niż Kmicicowie, bo w tych warunkach naprawdę trudno było kogokolwiek całować.

A wieczorem zagrałem ponoć bardzo fajny koncert.
Jak mogłoby być inaczej po takim kuligu ?!
Orkisz plyty

















































Pozostaje zakrzyknąć: - Do zobaczenia za rok!!!
(We wrześniu warto już rezerwować miejsca, bo jest ich tylko 50)

Paweł Orkisz

5.02.2019
foto: TR, kulig w Woli Michowej, pierwszy weekend lutego 2019

Poprzedni artykuł

rok 2019, rok 2018rok 2017rok 2016rok 2015rok 2014 
rok 2013rok 2012rok 2011rok 2010rok 2009